Moje miasto, mój klub...

Kryzys wieku średniego. GKS Bełchatów kończy 43 lata

#gksnigdyniezginie
#gksnigdyniezginie

Dzień urodzin to zawsze okazja do świętowania. Wiąże się on ze składaniem życzeń i wręczaniem prezentów jubilatowi. Każdy z nas ma takie święto. Dziś, tj. 26 listopada bankiet z tego tytułu powinien odbywać się przy Sportowej 3, wszak GKS Bełchatów kończy właśnie 43 lata! I choć nie jest to jeszcze szafirowa (45), złota (50) ani tym bardziej diamentowa (60) rocznica, dla ludzi związanych z „Dumą Brunatnej Stolicy”, owa data z pewnością jest ważnym wydarzeniem. Tylko czy w obecnej sytuacji finansowo-organizacyjnej, rocznica założenia klubu nie zbiegnie się z nieuchronnie zbliżającą się konsolacją spowodowaną jego upadkiem?

W obchodzeniu urodzin kryje się jakaś magia cykliczności czasu. Choć ten mija nieubłaganie, wciąż życzymy sobie i naszym bliskim zdrowia, szczęścia, pomyślności i wszystkiego, co najlepsze. To nam daje poczucie bezpieczeństwa, bez którego nikt istnieć nie może. Sięga ponad upływający czas. Tyle teorii… bowiem w związku z szalejącą od marca pandemią, kiedy większa część społeczeństwa zmuszona jest do pozostania w domach, a kontakty międzyludzkie ograniczone są do minimum, trudno powiedzieć byśmy czuli się bezpieczni. Rok 2020 nikogo nie oszczędza, wczoraj zadał kolejny cios. Fani Albiceleste i całego piłkarskiego świata zapłakali po informacji o śmierci Diego Maradony. Futbolowego bohatera, który w reprezentacji Argentyny debiutował w… 1977 roku. Było to 27 lutego w wygranym spotkaniu przeciwko Węgrom 5:1, a niemal dziewięć miesięcy później na mocy decyzji Naczelnika Miasta i Gminy Bełchatów do rejestru Stowarzyszeń i Związków wpisano stowarzyszenie pn. Górniczy Klub Sportowy „Węgiel Brunatny”.

Ktoś powie, skala porównawcza niczym zestawienie twórczości Fryderyka Chopina z „przebojami” Gosi Andrzejewicz. I pełna zgoda. Życie jednak pokazało, że na finiszu z każdym obchodzi się w ten sposób – bez względu na jego osiągnięcia, sławę i zaszczyty. Dziś „Boski Diego” zostaje wspomnieniem, choć dla swojej epoki piłkarskim Geniuszem i Legendą – to jednak „tylko” wspomnieniem. GKS Bełchatów, choć chromy i cierpiący, z diagnozą niemal oznaczającą wyrok, wciąż żyje i swoją historię pisać może nadal. Nomen omen, po komentarzach i tweet’ach ludzi futbolu, jakie pojawiły się w związku ze śmiercią Maradony, uświadomiłem sobie, że gdyby „mój piłkarski świat” (czytaj: GKS Bełchatów) spotkał równie przykry los, część mojego „ja” odeszłaby wraz z nim. Bo jakby nie patrzeć, przeżyłem z tym klubem niemal 2/3 swojego życia.

Dzisiejsza rocznica urodzin, pozostaje w cieniu bieżących problemów, o których znów zrobiło się głośno. W obecnej sytuacji doprawdy trudno przewidzieć, kto i w jakich okolicznościach będzie za dwa lata świętować 45-lecie istnienia „Dumy Brunatnej Stolicy”? Czy w ogóle będzie co świętować? Czy nie dojdzie do tego, że pierwszoligowa piłka w Bełchatowie również pozostanie „tylko” wspomnieniem, a ja wyciągając z szafy jedną z koszulek, w jakiej grali piłkarze GKS-u, wyszepczę tak modne – szczególnie wśród młodych – stwierdzenie: „Kiedyś to było…”.

43 lata działalności, w porównaniu do np. 114 lat istnienia Wisły Kraków czy nawet 90-lecia Chojniczanki, to na „ludzką miarę” nie jest jeszcze wiek podwyższonego ryzyka, kiedy na jubilata trzeba już chuchać i dmuchać. Aczkolwiek kiedy rzeczywistość skwierczy, a przyszłość uparcie nie chce rysować się w jasnych barwach, 43-letniemu GKS-owi od dłuższego już czasu dolega swego rodzaju kryzys wieku średniego. W obliczu narastających problemów, przeważająca większość kibiców jest zgodna – dobrze to już było. Wszyscy (no, może większość) pamięta wspaniałe mecze, które wielkimi zgłoskami zapisały się na kartach historii górniczego klubu. Premierowy mecz w najwyższej klasie okręgowej z Górnikiem Zabrze (1995 rok), Zwycięstwo z Wisłą w Krakowie jesienią 2006 roku, które było autostradą do walki o mistrzostwo Polski, czy nawet triumf nad Widzewem (2019), otwierający drzwi na zaplecze Ekstraklasy. Żyliśmy tym wszyscy. Pamiętam/-y również chwile trudne, jak fatalną wiosnę 2016, po której klub został zdegradowany na trzeci poziom rozgrywkowy, upokarzające 0:5 przy Sportowej z Polonią Warszawa w 2012, a nawet remis w ostatnim meczu sezonu z Lechem Poznań (1997), który oznaczał pierwszy w historii spadek GKS-u z Ekstraklasy. Emocje, których cząstka zostaje już w człowieku na zawsze.

Teraz będąc niemal na finiszu rundy jesiennej sezonu 2020/21, podczas meczu z Koroną, byłem na pustym stadionie wśród zaledwie garstki dziennikarzy i fotoreporterów. Czy tak wyglądać ma koniec? – pomyślałem. Koniec historii, pasji, koniec czegoś, co cieszyło mnie (nas) przez kolejne tygodnie, miesiące, lata?

Zmieniały się czasy, warunki funkcjonowania, piłkarze, trenerzy, prezesi, ale to dzięki przywiązaniu – na ogół – zaszczepionemu przez naszych ojców/braci/przyjaciół, którzy po raz pierwszy zaprowadzili nas na Sportową, to wszystko wciąż ma sens. Kiedyś jako dziecko z wypiekami na twarzy obserwowałem robinsonady Zbyszka Millera w bramce, piłkę wyrzucaną z autów na drugi koniec pola karnego przez Sylwestra Szkudlarka, fenomenalne bramki z rzutów wolnych Jacka Berensztajna, a szarfa z napisem „GKS KING”, którą tuż przed meczem z Unią Tarnów (1995) dostałem od Dariusza Rzeźniczka, była niczym relikwia. Dziś możliwość spotkania przy kawie i rozmowa z piłkarzem z tamtych lat, Berensztajnem, Lamchem; smakuje niczym kromka chleba oblanego śmietaną i posypanego cukrem, który podczas wakacji na wsi zajadała większość dzieci z mojego pokolenia. Dziś młodzi ludzie, młodzi kibice raczej nie są w stanie tego zrozumieć. Pokolenie iphone’ów i Youtuberów, dla których ewentualnie selfie z Robertem Lewandowskim na Stadionie Narodowym byłoby czymś godnym uwagi, czymś czym mogliby się pochwalić na Facebooku czy Instagramie. Za „moich” czasów autograf czy pomeczowe zdjęcie z „Berkiem” oprawiało się w ramkę i eksponowało w pokoju na widocznym miejscu. Skład i wyniki GKS-u z sezonu 1995/96 czy 1997/98 nawet dziś wyrecytuję z pamięci!

I może też dlatego 43. urodziny klubu, na którym się wychowałem i przy którym wciąż trwam, zmuszają mnie do tej refleksji. Serce krwawi kiedy słyszę, że ten zasłużony dla Bełchatowa klub stoi nad przepaścią. To też pokazuje ile znaczą nasi lokalni zarządcy (by nie używać określenia – politycy) na ogólnopolskiej szachownicy, na której królem jest Warszawa, a gońcem co najwyżej Łódź. Jeszcze jeden wątek tematu dostrzegam. Plan! Każde działanie powinno mieć swój plan, a co najmniej zamysł. Czy szanowny solenizant, kierowany poniekąd przez władze naszego miasta ma jakiś plan? Sceptyk powie, że skoro miasta nie stać na obecność swojej drużyny w gronie 34 najlepszych klubów piłkarskich w Polsce, niech zwija żagle i ustępuje miejsca większym i bogatszym. Optymista skontruje: że nawet mniejsi od nas potrafią rozpychać się łokciami, by tylko pozostać w przedsionku Ekstraklasy, chociaż bardzo często ci „wielcy” próbują wypchnąć ich poza margines. Przykład? Puszcza Niepołomice (12,5 tys. mieszkańców), Górnik Łęczna (19,2 tys.). Można?

Puentując. Z okazji 43. urodzin życzę Wam (i sobie) spokojnego jutra, wzmocnienia poczucia własnej wartości i tożsamości istnienia. Aby nasze piłkarskie święta, którymi są cotygodniowe mecze, trwające nieprzerwanie od 1978 roku były wciąż ważnym punktem w sportowym kalendarzu Bełchatowa. Piłka nożna potrafi być piękna i nieprzewidywalna, lecz również potrafi brutalnie zweryfikować ambitne plany. Los płata figle i marzy mi się, by tym wszystkim, którzy postawili już krzyżyk na GKS-ie, dał pstryczka w nos. Mój GKS-ie, choć jesteś starszy ode mnie, żyj, bądź, trwaj… Cóż więcej mogę życzyć w kontekście czekającego nas jutra? Jutra (już) bez Maradony, ale z wciąż bijącym biało-zielono-czarnym sercem.